bassman.pl

Low & Lower

 

EskaRock Tour w Gwincie

Zachciało mi się wybrać na koncert. Koledzy szli to i ja postanowiłem pójść. Akurat do Białegostoku miała zawitać eskaRock tour z zespołami Ocean i Lipali. Spoko. Koncert miał się odbyć w klubie Gwint (na temat którego pisałem w jednym z poprzednich artykułów), więc nie spodziewałem się orgazmu muzycznego, ale to co zastałem, to "żenua" największego kalibru.

No ale może zacznijmy od początku - zespół Ocean. Miałem z nimi styczność jedynie z kilku empetrójek zasłyszanych na oficjalnej stronie. Pomyślałem sobie - mimo, że to nie mój styl, warto dać chłopakom szansę. Wytrzymałem przez jakieś cztery utwory - ciężko było policzyć, ze względu na to, że wszystkie brzmiały podobnie i miałem problemy z określeniem, czy był to numer pierwszy, czy może siódmy. Naprawdę pomijam już fakt, że jedyne co było wyraźne to perkusja, a reszta to rozmemłana papka z piskliwym wokalem od czasu do czasu przekrzykującym jazgot. Sorry Panowie, ale jeśli tak ma wyglądać dynamiczny koncert rockowy, to ja równie dobrze mogę udać się na parę godzin na jakąś budowę - będę miał jazgot, piski i zgrzyty, a nawet drażniący głos się znajdzie (nieodłącznym elementem każdej budowy jest wydzierający sie brygadzista czy inny kierownik). Nie jestem tutaj złośliwy tylko w stosunku do Panów z Oceanu, ale w dużej mierze do akustyków i organizatorów - możnaby było zrobić to nie najmniejszym kosztem, lecz porządnie i z dobrą słyszalnością. Można, ale po co - głupi fan przyjdzie i zapłaci. Otóż nie - ja już na pewno nie przyjdę.

Ale może przejdźmy do gwoździa do trumny... eee... przepraszam, oczywiście miałem na myśli gwóźdź programu. LIPALI. Koledzy z zespołu tak mnie tym katowali, że w końcu uległem i kupiłem płytkę i nawet przesłuchałem kilka razy. I nie powiem, zupełnie przyzwoicie. Fajnie zagrane, fajnie zmiksowane, ciekawe muzycznie utwory (standardowo - tekst mi umyka, więc się nie wypowiem). Wniosek - warto wybrać się na koncert. Gówno prawda - nie warto. Nie dlatego, że poszczególne utwory rozpoznawałem po rytmie wybijanym przez perkusistę, bo nie za bardzo dało się usłyszeć, co grali pozostali członkowie składu. Nie dlatego też, akustyka była powtórką z Oceanu. To w sumie można zwalić na nieudolność organizatorów. Chociaż i tak wydaje mi się, że zespół taki jak Lipali nie może sobie pozwolić na to, żeby nie zabrzmieć. Wracając do meritum - czuję się obrażony przez zespół, który podszedł do koncertu zupełnie nieprzygotowany. Zapłaciłem za obejrzenie i posłuchanie (zdawałoby się weteranów sceny) trzech kolesi, którzy po prostu się wygłupili i zagrali beznadziejny gig - śmiem twierdzić, że wiele amatorskich kapel zagrałoby co najemniej o klasę lepiej. Żeby nie być gołosłownym wymienię chociaż kilka totalnych porażek, które zdyskwalifikowały zespół w moich oczach.

Po pierwsze, z szacunku dla publiczności, każdy z muzyków powinien grać na nastrojonym instrumencie. Kiedy ów dozna rozstroju, należy go nastroić. Jak się nie umie stroić, należy poprosić najbliższego kolegę z zespołu, żeby pomógł nastroić. Pan lider zaczął stroić swoją gitarę już na wejściu i tak próbował i próbował przez kilka utworów (!) nastroić nieszczęsny instrument. Nawet wdał się w zgoła filozoficzne dywagacje z publicznością, że mu nie stroi i że A-moll brzmi jak D-dur. Poparte to zostało odpowiednią demonstracją poszczególnych akordów. Zrobiło mi się żal Pana lidera i jego żałosnego przedstawienia. Nie wyobrażam sobie mniej profesjonalnego stosunku do pracy. Sorry Panowie, ale jeśli macie aspiracje do wyjścia poza garażowe granie, to za przeproszeniem skończcie pierdolić, przeproście na 5 czy 10 minut i nastrójcie te pieprzone instrumenty. Jako widza naprawdę mało mnie interesuje to, co macie do powiedzenia na temat "nienastrojenia".

Po drugie, z szacunku dla publiczności, każdy z muzyków powinien opanować swoje partie, aranże utworów, podziały rytmiczne - jednym słowem powinien wiedzieć co i kiedy ma zagrać. Panowie muzycy chyba o tym zapomnieli i często rozjeżdżali się rytmicznie przy zmianie tempa. Rozumiem, że nawet najlepszym zdarza się raz czy dwa razy potknięcie, ale w newralgicznych punktach? Przy wiadomej i oczekiwanej zmianie rytmu, tam gdzie synchronizacja jest najważniejsza? Ciężko nie odnieść wrażenia, że muzycy znaleźli się na scenie przypadkowo i najchętniej poszliby gdzieś na piwo.

Po trzecie, z szacunku dla publiczności przed koncertem robi się próbę akustyczną. Przede wszystkim ustawia się poziomy odsłuchów, żeby muzycy w trakcie koncertu mieli komfortową sytuację na scenie. Zgadzam się, że czasem nie da się wszystkiego ustawić tak jak należy, ale wtedy można zawsze powiedzieć do mikrofonu, że prosi się o trochę więcej tego, czy tamtego w odsłuchu. Akustyk nie jest alfą i omegą i nie wie wszystkiego (chociaż co do tego zdania są podzielone ;)). Zgoła dziwny wydał mi się zatem fakt, że Pan lider po każdym ewidentnym fałszu wokalnym pokazywał na swój odsłuch i wymownie podnosił palec do góry - to znak, że Pan lider zafałszował, bo czegoś nie usłyszał i jest to wina akustyka, który dał mu w tym odsłuchu za mało czegoś. Jeśli widzę taką sytuację za pierwszym razem, to ok, ale za trzecim, czy czwartym zaczyna mi się wydawać podejrzany brak komunikacji między sceną a reżyserką. A może to taki manewr pod tytułem zafałszowałem, pokażę, że mam za mało w odsłuchach, zwalą winę na akustyka? Nie mi oceniać. Każdy ma własny rozum i potrafi zanalizować otrzymane informacje.

Cóż mi więcej pisać - wyszedłem z tego koncertu - zwykle staram się tego nie robić, ale odczytawszy prezencję muzyków jako ewidentnie olewczą w stosunku do mojej osoby postanowiłem opuścić te miejsce. Pozostała mi tylko jedna refleksja - można mieć otwarte największe sceny w całym kraju, ale jeśli ma się mentalność muzyka garażowego, to niestety daje się antyshow takie, jak to zaprezentował zespół Lipali w Białymstoku.

1 odpowiedzi na ten artykuł.

  1. da_root
    2009-11-23 01:48:15
     

    Moim zdaniem to Lipińiski nie powinien był w ogóle Illusion rozwiązywać, no ale co tam, bywa. Lipali to taki lekki niewypał, aczkolwiek zdarzyło mi się być na Juwenaliach, kiedy grali przed Clawfingerem i muszę powiedzieć, że nie było aż tak tragicznie, jak mówisz. Lipa zawsze miał taki wizerunek sceniczny luzaka i właściwie mu to pasuje; przesłuchaj sobie chociażby płytę Bolilol Tour Illusionów 'lajw'. A Gwint jest Gwint, panie, tam nawet Black Sabbath by brzmiał tragicznie.

  2. Dodaj odpowiedź:

    imię:

    treść komentarza:

    pozostało znaków.